Z Almanach
Skocz do: nawigacja, szukaj


O PRZEKŁADZIE[edytuj]

W uwagach, poprzedzających pierwsze wydanie jego przekładu, pisał Edward Boye: „Tłumacz musiał się borykać z okresami cycerońskimi, zajmującymi połowę albo i więcej strony. Nieraz, gdy się zdawało, że się już szczęśliwie do kropki dociąga, nagle gdzieś z boku wyłaziło jeszcze jedno przeklęte zdanie podrzędne, niszcząc za jednym zamachem całą koronkową robotę. Gdyby dać wierną kopię tych dłużyzn, polski przekład Dekameronu mógłby stanowić lekturę interesującą tylko dla filologów. Dlatego też zrezygnowałem od razu z niewolnictwa składniowego, rozczłonkowując niemiłosiernie każdy z tych zawiłych i ciągnących się w nieskończoność okresów: jednakże skrótów nie przeprowadzałem żadnych, nawet tam, gdzie Boccaccio wpada w sztuczną retorykę i po moralizatorsku ględzi. Dekameron tyle razy już «przyprawiano», «skracano» i «oczyszczano», że nareszcie należy mu się raz przekład pełny. Język przekładu jest z lekka archaizowany, oczywiście odpowiednik trzeba było wybrać późniejszy, nastawiony raczej na wiek XVI – XVII...” Stwierdzenia te nie pozbawione są przesady (zwłaszcza gdy idzie o charakterystykę stylu Boccaccia), a zapewnienie tłumacza, że skrótów nie przeprowadzał żadnych, zawiera prawdę tylko częściową. Nie pominął on istotnie żadnej z części składowych Bokacjuszowego dzieła, nie zlekceważył przedmowy, prologu, wstępów i zakończeń poszczególnych „dni”. Nie uniknął jednak opuszczenia tu i tam całych ustępów, prawdopodobnie przez niedopatrzenie. W tekście przekładu nie brakło też innych, wcale licznych usterek. Znacznym tedy nakładem pracy w pierwszym wydaniu powojennym (1948) usunąć przyszło różnorodne nieporozumienia, zawinione zapewne głównie przez pośpiech w pracy, dowolności nie uzasadnione, dość częste gubienie cząstek zdania lub określeń nieobojętnych dla sensu czy też kolorytu danego ustępu, niekonsekwencje w brzmieniu i pisowni imion własnych.

Dość powiedzieć, że w dawnej redakcji przekładu zamiast „przebywającego w Granadzie” zjawiał się ktoś „imieniem Granata”, a Karol I zamiast do Apulii wędrował do Anglii. Zamiast po cichu ( pianamente) otwierać drzwi, otwierano je „na ścieżaj” ( pienamente). Saracenka, „która mi już nieraz znaczne oddawała usługi”, stawała się tą, „której często posługuję”, ktoś, wchodząc do komnaty, „ocknął się w objęciach swojej damy” zamiast rzucać się w te objęcia, ktoś inny, zręczny akrobata, siadał „na powale”. Raz po raz zjawiał się zwrot „przed dawnymi czasy”, będący dziwacznym zlepkiem „przed laty” i „dawnymi czasy”, nie brakło kakofonii w rodzaju: „żoną swoją ją by uczynił” lub „chluby by wam nie przyniosła”. Zbyteczna mnożyć przykłady. Ta garść dorywczo zebranych wystarczy, by uniknąć zarzutu gołosłowności.

Wprowadzając z konieczności wiele poprawek, by dochować wierności słowu i intencjom oryginału, równocześnie jednak nie chciano zatrzeć indywidualnych rysów przekładu. Tłumacz stale unowocześnia rytm Bokacjuszowej prozy, kładzie tamy rozlewnej wielomówności, stroni od pleonazmów, trzebi skupione obok siebie przymiotniki, znaczeniem pokrewne, którymi nowelista trecenta zwykł hojnie szafować, zrywa szeroko rozpiętą i przemyślnie splątaną sieć włoskich okresów. Przykraca powłóczyste szaty, drapowane na klasyczną togę, wygładza zbyt obfite kształty, zwłaszcza we wstępach, opisach i w momentach patetycznych.

Chociaż tu i ówdzie zatrzeć się przy tym mogły pewne odcienie, mniej lub bardziej znamienne dla autora i jego epoki, nie wydawało się rzeczą właściwą nawracać wszędzie do oryginału, by uczynić zadość wierności filologicznej. Definitywne ustalenie włoskiego tekstu Dekameronu jest jeszcze sprawą przyszłości, jakkolwiek w latach ostatnich zbliżyliśmy się do tego celu bardzo znacznie. Już wydanie, jakie dla zbioru Scrittori d’ Italia opracował A. F.

Massera (Bari 1927), było wyrazem wielkiej troski o poprawność. Zasadnicze problemy krytyki Bokacjuszowego tekstu wysunął następnie z wielką przenikliwością Michał Barbi ( Sul testo del Decameron, 1927 – obecnie w tomie La nuova filologia e l’edizione dei nostri scrittori, 1938), aż wreszcie nowe wydanie Wiktora Branca (Florencja 1951–2) oprzeć się już mogło na 82 zbadanych rękopisach i chociaż nie rości sobie prawa do nazwy krytycznego, we właściwym, pełnym tego słowa znaczeniu, nie ulega wątpliwości, że przyszły tekst krytyczny niewiele od niego odbiegnie. Na tej podstawie można by podjąć dodatkową rewizję przekładu, w którym niejedno budzi zastrzeżenia: naloty problematycznej archaizacji, maniera stylistyczna tłumacza, niwelująca niekiedy pewne cechy oryginału, niedocenianie Boccaccia jako artysty słowa. Ale obawiać się należy, że rezultat takiej nowej rewizji byłby zawsze połowiczny.

Poprzestano więc na nielicznych poprawkach, uzgadniając z nowym tekstem brzmienie imion własnych itp. Tłumaczenie Boyego – odbiegające niekiedy tonacją od źródła – jest i pozostać musi własną jego próbą spolszczenia w całości, a zarazem odmłodzenia setki opowieści, której sześćsetlecie minęło w naszych oczach.

M. B.

Przypisy[edytuj]